  |
|
Zdarzyło się to niedawno. W górach był jeszcze śnieg. Późniejsze WAŻNE WYDARZENIA nie sprzyjały pisaniu. Ale zdarzyć się to mogło zawsze.
Oto opowieść o pierwszym, dalekim wyjeździe moją nową/starą dyskoteką. O pierwszych próbach zapchania się w kłopoty autem nieprzygotowanym jeszcze do terenu. Autem na szosowych, letnich oponach. I o tytułowej łopacie.
Nie jest to opowieść dla cwaniaków na simexach. Pobłażliwe uśmieszki możecie zostawić, nalejcie sobie szklaneczkę czegoś mocniejszego i przypomnijcie swoje początki w terenie.
A było tak...
Dzień pierwszy, zaspa pierwsza .
Wyjeżdżamy w góry landryną. Znajomi wyjadą plaskaczem kilka godzin po nas. Długo jedziemy po płaskim, wreszcie, za Dzierżoniowem, zaczynają się góry. Czujemy już smak wybornych klusek śląskich serwowanych przez naszą gospodynię z Glinna. Jednak zamiast jechać szosą, przez przełęcz, wybieram drogę przez las, znaną nam z pieszych wędrówek. Mają być gruntowe i szutrowe drogi, czasem strome zjazdy i podjazdy. Właściwie nic takiego, o czym można by opowiadać. Jednak w krytycznym miejscu pozostały resztki białej substancji. Śnieg.
Żegnamy szosę i wąską drogą docieramy do Podola, pięknie położonej wioseczki. W wiosce na drodze sporo błota, jakiś gruz. Ale mieszkańcy dojeżdżają tu zwykłymi autami. Może nie przez cały rok, ale my jedziemy przecież terenówką. Trochę śniegu, ale tylko w ocienionych miejscach lub w zagłębieniach, którymi akurat biegnie droga. Dajemy radę, zaraz będziemy w lesie. Przed lasem zaspa, która przykryła drogę całkowicie. Jej koniec jest 100 metrów dalej, już w lesie. Próbuję się przebić, lecz w połowie drogi auto staje. Staje i nie chce robić w żadną stronę, mimo, że na wskaźniku przyrządów świeci się pomarańczowy symbol dyferencjału a ja odczyniam różne egzorcyzmy pedałami. No, to mam swoją pierwszą wtopę. Ewa siada za kierownicą, próbuję pchać. Próbuję... W pobliżu stoi stara chata, drewniany płot już dawno upadł. Zbieram resztki sztachet i rozgarniam śnieg przed kołami. Potem podkładam deski. Trochę ruszyło. Do tyłu, bo z przodu zapadłem się w śnieg po uda. A tak niepozornie to wszystko wygląda. Buty, jeszcze te z miasta, mam pełne śniegu. Z bagażnika wyjmuję buty jedynie słuszne w górach. Teraz możemy walczyć. Eleganckiej koszuli, do łokci obrzuconej błotem, już nie zmieniam.
Rozgarniamy śnieg na boki, żeby zmniejszyć opór. Wyrównujemy to, co wyżłobiły już koła. A wszystko rękami i deskami. Deska do kopania, to już coś. A łopata, co tom ją w prezencie na okrągłe urodziny dostał, leży spokojnie w piwnicy. Paweł, przepraszam, że jej nie wziąłem A powinna być w aucie zawsze. Bo nigdy nie wiadomo, w jakie krzaki zachce mi się wjeżdżać. Wrzucam jeszcze deski pod koła i znowu startuję. Tym razem nic, koła ślizgają się po deskach. No to wyjmujemy wszystko spod kół i znowu ruszam. Tylko zwalniam sprzęgło z wrzuconym biegiem, efekt jest taki sam, jakbym nic nie zrobił. Ale patrzymy, które koła się kręcą, a które stoją. Tym razem wciskamy więc dechy, deseczki właściwie, pod te kręcące się. Auto cofnęło z metr. A dalej znowu nie chce. I wcale się nie dziwię, bo niby czemu miałoby dalej jechać w tym cholernym śniegu?
Zmiana taktyki. Troszkę do przodu i może cofając z większym impetem jakoś się przebiję. Guzik, stoję w miejscu, straciłem to, co już zyskałem. Znowu odgarniamy, podkładamy wyrównujemy, ruszamy (czasem nie), odgarniamy, podkładamy... Ciągle bez łopaty.
Już po godzinie zmagań z naturą stoimy na twardym. Robię zdjęcia, które niczego nie oddają z klimatu walki. Wracamy do szosy. Trochę zawiedzeni, że auto tak łatwo sczezło. I trochę dumni, że sobie poradziliśmy.
Dzień pierwszy, zaspa druga.
Za chwilę jesteśmy na przełęczy. Stąd już tylko w dół i jesteśmy w chacie. Ale widok stąd jest ładny, słońce jeszcze nad horyzontem, a cztery koła świerzbią. Dzwonimy do znajomych. Są jakieś 40 minut za nami, więc poczekamy na nich w tych pięknych okolicznościach przyrody.
Nieopodal jest rozległa, górska hala. Nazywamy ją "muflonią łąką", bo kilkakrotnie widzieliśmy tam stadko tych rzadkich zwierząt. A kiedyś nie wierzyłem, że istnieją... Podjedziemy więc na łąkę, bliżej grupki czarnych punkcików w oddali. Może to krzaki, a może muflony. Jedziemy. Najpierw po czarnym, ale tradycyjnie pojawia się zaspa. Patrzymy na siebie, na twarzach pojawiają się jakieś grymasy, może uśmiechy. W każdym razie w oczach jakby iskierki. "Tu jest wypukły teren, to na pewno resztki śniegu, żadna zaspa" - mówię. No i jedziemy. No i znowu stoimy, 20 metrów od czarnego. Śniegu nie jest dużo, więc metr czy dwa do tyłu i auto powinno złapać kontakt z twardym. Najpierw pcham, potem zbieram gałęzie. Jest ich sporo w okolicy po jakiejś wycince. Gałęzie zmieniają nasze położenie, ale powoli. I trzeba się nabiegać w grząskim śniegu, żeby wyjąc te już użyte i podłożyć je pod koło z właściwej strony. Ewa depcze pedały, ja pcham. Dogadaliśmy język gestów i wie, kiedy jestem gotowy i ma ruszać.
Cofając auto wyjechało z kolein. A po własnych śladach najłatwiej wrócić do domu. Więc znowu odgarniamy śnieg rękami... Łopaty nawet nie zamierzałem wziąć na ten wyjazd.
Odgarniamy, pchamy... Do ostatniego centymetra śniegu opony nie chciały robić. W końcu jednak jesteśmy na twardym. Obolały otrzepuję się ze śniegu, Ewa zawraca auto. Wjeżdżamy na szosę akurat przed maskę samochodu naszych znajomych. Troszkę są zdziwieni, że tu jesteśmy. Niech tylko powiedzą, że nie było im miło, że zaczekaliśmy...
Starzy wyjadacze już się zaczynają denerwować. "Szczeniak, dużo jeszcze przed nim". Szczeniak może nie, ale fakt - dużo jeszcze przede mną. Wszystko.
A jeśli opowieść Was wkurza, to przestańcie czytać. Dalej będzie jeszcze gorzej.
//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Dzień drugi.
Dzisiaj nie zakopaliśmy się tylko dlatego, że chodziliśmy pieszo. "Tyz piknie".
Dzień trzeci, godzina pierwsza .
Po wiosennym spacerze chcę trochę poupalać. Tam, gdzie byliśmy pieszo, pojedziemy autem.
Na łąkach resztki śniegu. A na polnej drodze zaspa niewiele większa od długości auta. Wbijam się w nią rozpędem (F = m x a). Ale cóż to za rozpęd pod górę... Wisimy na mostach, a koła mielą śnieg równie skutecznie, jak żuczek gnojarek odwrócony na grzbiet przebiera łapkami
Do dyspozycji mamy jedynie gałęzie dzikiej róży. Takie z trójkątnymi kolcami. Łopaty, rzecz jasna, nie ma. Gdyby była, to byśmy całą zaspę rozkopali w 5 minut. Pół godziny walki. Wreszcie auto wyskakuje z zaspy i zmierza ku dalszym kłopotom. Po kawałku czarnego znowu zaspy. Zjeżdżamy więc z drogi (ang: off-road) i napieramy po pochyłych łąkach. Jest czujnie, za kierownicą Ewa. Zapadła cisza. Potem za kółkiem siada Doktor. Trochę się wzbrania, że nie ma doświadczenia z takim autem. "A czy ja mam doświadczenie? Trochę się napatrzyłem, jak inni to robią. Dość anarchii, siadaj i jedź".
Łąka, droga, las, pierwsze drapanie naszej dyskoteki gałęziami, Kroacka Studzienka, ostre zjazdy szutrami. Szukam drogi pod górę, która kiedyś wyprowadziła nas na łąki. Pod górę znowu ja prowadzę. Na ostatnim rozwidleniu przed łąką kieruję landrynę na manowce, żeby jeszcze troszkę w lesie. Ciągle mi mało. Droga meandruje trawersując zbocze góry. Zjazd w dół zaśnieżonym wąwozem i lądujemy na płaskim, ośnieżonym odcinku. Prawie płaskim, jak się za chwilę okaże...
Przy krawędzi drogi olbrzymi pień ściętego drzewa. I w tym właśnie miejscu droga pochyla się nieco w dolinę, w kierunku stoku, do lasu. Piękny, bukowy las, młody jeszcze, niezbyt gęsty, jasny. Droga ledwie przyprószona śniegiem, zwalniam jednak i - na wypadek, gdyby mnie jednak w tym śniegu zarzuciło - odruchowo odbijam od pnia drzewa. Tylne koła łapią pobocze i już tam zostają. Zatrzymuję się przed kolejnym pniem.
Auto stoi na pochyłym trawersie, każdy ruch kół obsuwa dwie tony na drzewa. Podkładamy gałęzie, zrazu w poprzek auta, potem nawet wzdłuż. Włączam silnik i za chwilę jestem już całym obrysem poza drogą (ang: off-road), 40 cm od najbliższego drzewa. Jestem przekonany, że gdy tylko ruszę kołami do przodu, wciśnie mnie na drzewo. Czarno to widzę, chcę iść po traktor, zanim auto wyląduje na drzewach. Ewa zapobiegawczo owija drzewo polarem...
Dzień trzeci, godzina druga.
Burza mózgów, zbieram wszystkie pomysły, nawet najgłupsze. Najdziwniejszy pomysł sam wygenerowałem. Otóż skoro nie można jechać do góry, trzeba pojechać w dół, po stoku, a potem po bardziej równym i bez śniegu znowu na drogę. Jest kilka ale. W dół można tylko tyłem, slalomem między buczkami. Czujnie. Pod kołami gruba warstwa liści bukowych i trochę luźnej gleby co grozi utratą kontroli przy obsuwaniu się auta. Gdy będę niżej nie mam pewności, że podjadę do drogi. I zostanę gdzieś, w środku bukowego lasu. Nawet, gdy już przyjedzie traktor, to kierowca pęknie ze śmiechu widząc, gdzież to miastowe potrafią się zapchać, zamiast patrzeć w telewizor i pić wódkę. A potem będzie dużo więcej roboty z wyciąganiem. Odpuszczam więc, ale idę tropem zjazdu w dół, w zupełny dół czyli dolinę. "Gdy zabłądzisz w górach, kieruj się z biegiem strumieni, w dół" - mówią podręczniki sztuki przetrwania. "Byle schodzić na polską stronę" - dorzucam, mając w pamięci pewną krytyczną wyprawę na Babią Górę. Do rzeczy: w dół może puści, ale delikatnie zaznaczony trawers kończy się już w trzecim żlebie nie osiągając dna doliny. A widoczna w dolinie droga jest na wyciągnięcie ręki.
Zdyszany (bo teraz pod górkę) wracam do towarzystwa.
Upuszczam z kół powietrze. Robię to na czuja, bo i pierwszy raz, i bez manometru i nawet nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić w oponie bezdętkowej. Wspominam opowieść o jednych takich, co to się zakopali w Australii. Wiedzieli, że trzeba spuścić powietrze, ale upuścili zdecydowanie za mało. Kolejne błędne decyzje doprowadziły do śmierci jednego z nich. Ratownicy, którzy dotarli do auta, po prostu spuścili więcej powietrza i wyjechali o własnych siłach. Więc ile mam tego powietrza spuścić?
Może spuściłem za mało, a może i tak w tych warunkach niczego by to nie zmieniło. Stoję.
Wyrzucamy spod kół wszystkie gałęzie. Rękami usuwamy śnieg, liście i ściółkę do gołej ziemi, przed każdym kołem. Może pojedzie. Od drogi jesteśmy 2-3 metry. Jedynie słuszna droga do przodu prowadzi przez uskok między dwoma pniakami. Kijami i rękami prostujemy trochę uskok. A łopata spokojnie leży w piwnicy w Poznaniu.
Znowu pracuje silnik, reduktor i blokada włączone. Jeśli teraz disco obsunie się na drzewo...
Startuję. Autem szarpnęło, ruszyło trochę do przodu ale i obsunęło tyłek. Jeszcze raz, i jeszcze. Praca kierownicą, sprzęgłem, gazem - ni ...uja. Do przodu nie robi i jeszcze ustawiło mnie tak, że drogę w dół (gdyby jednak może...) odcięło drzewo. Przynajmniej sytuacja jest jasna: teraz tylko do przodu. I stoję tak, że mogę kręcić kołami do woli, a nie zsuwa mnie w bok. Tyle, że w górę też nie chce.
Wracamy do pomysłu z gałęziami. Pod koła znowu kładziemy drobnicę. Ruszam. Nie ruszam, mielę w miejscu. Zaraz się rozpłaczę. Drugi raz chcę iść po traktor.
Rozglądam się wokół. Jeden z omszałych i zabłoconych pni powstaje z klęczek. To Ewa. Szybko zapomniała o swoim świątecznym manicure. Drapała ziemię rękami, przynosiła gałęzie, odnosiła gałęzie, klęczała w śniegu i błocie. Była bardzo dzielna, walczyła lepiej, niż niejeden facet. Kocham Cię, Ewka.
Znowu rozglądam się wokół. Dywaniki!! Pod koła włożę gumowe dywaniki z interioru.
Dywaniki poszły pod koła. Ruszam, krótki, dynamiczny skok auta do przodu. Czyżby ocalenie? Dywaniki w błocie okazały się skuteczne krótką chwilę i szybko zamuliły błotem. Ale na śniegu lub piachu powinny się sprawdzić. Uwalane błotem wciskam do bagażnika. Następnego dnia odpuszczą z błota w bieżącej wodzie strumienia.
Póki co siada mi psyche i trzeci raz chcę iść po traktor.
Dzień trzeci, godzina trzecia .
Czekałem, co wymyśli Doktor. Genetyk, ale poukładane ma, tytułu za pomidory nie dostał. "No to brukujemy" - rzucił Doktor i zaczął znosić kamyczki. Szczęściem, gdy trochę pochodzić i pokopać, można zebrać koszyk kamyczków wielkości paczki papierosów lub mniejszych. Układamy je potem przed każdym kołem, jak posadzkę w łazience. Wystarcza na jakieś 40 cm "drogi". Odpalam silnik, nogi mam już miękkie, to nasz ostatni pomysł przed pójściem po traktor. Delikatnie ruszam. Jedzie, kurna, jedzieeeee!!! Bez szarpnięć, mozolnie ale konsekwentnie. I znowu stoi. Bruk się skończył. Ale czuję, że to jest to. Demontujemy bruk wciśnięty w błoto. Wybieramy kamień po kamieniu, bo więcej w okolicy nie znaleźliśmy. Obieramy z błota i brukujemy znowu z drugiej strony koła. I znowu skok do przodu, tym razem jakoś gwałtownie mnie zatrzymało. Pieniek przed przednim kołem. Spory. Był tam od zawsze, ale liczyłem, że opona ześlizgnie się po nim. A ona, franca, po wszystkim się już dzisiaj ślizgała, a w pieniek akurat centralnie... No, ale sytuacja jest już opanowana. Stoję prawie na płaskim. Teraz tylko trochę "cofnę do tyłu na wstecznym", żeby ominąć pniaka. Jeszcze trochę brukowania i dyskoteka rączo wyskakuje na dalszy odcinek ośnieżonej drogi. Teraz już nie pozwolę na narowy: ani drodze, ani dyskotece. Wjeżdżam na czarny odcinek drogi. Rozwidlenie. Pieszo sprawdzam, czy którąś odnogę da się ugryźć. Da radę,
dalej jednak droga nie daje szans na przejazd bez łopaty. Jedynym rozwiązaniem jest powrót przez znane nam miejsce, z którym walczyliśmy 3 godziny. Ryzykowne, ale teraz przeciwnik jest rozpoznany. Duży pień jest teraz na początku trudnego odcinka, więc zdążę go ominąć, zanim autem zacznie kręcić. Mogę pochyłość przejechać rozpędem, ale pojawia się rozsądek. Jadę więc wolno, ale zdecydowanie. Mimo znaków pilota olbrzymi pień biorę niemal zderzakiem. Na szczęście lusterka złożyłem. Tylne koła znowu chcą do lasu. Na nic zdadzą się kamienie i drągi zapobiegawczo ułożone wzdłuż krawędzi drogi przez Doktora. Ale wyskakuję z doła, jestem już na twardym. Przede mną podjazd zaśnieżonym wąwozem. W dół poszło gładko, Newton życzliwie wspomagał. Teraz tracę kontakt z twardym, staję w połowie, koła się kręcą. Znowu ruszam, w lusterku widzę nosy załogi przyklejone do tylnej szyby. Kiedy zdążyli do mnie dobiec?
Do domu wrócimy krótszą, ale pewną drogą, wypróbowaną w czasie innej wyprawy. Tuż, tuż przed wyjazdem z lasu w poprzek drogi leży powalone drzewo. Ani siekiery, ani piły, ani liny, ani łopaty... Wracamy więc dłuższą drogą. Ale z tarczą. Na krawędzi lasu przed maską niespiesznie przebiegają jelenie. To jakaś tajemnicza sprawa. Spodziewałem się, że warczące i dymiące monstrum będzie płoszyć zwierzynę jeszcze zanim wjadę do lasu. Nic z tych rzeczy. Od czasu, gdy jeżdżę Land Roverem, już kilka razy widziałem chmarę jeleni, o sarnach nie wspominając. Wcześniej tylko sarny. Magia...
Już w domu liżę rany, wyciągam drzazgi z palców, piję wino.
"Głupiec!" - powiecie teraz - "Na letnich, bez łopaty, w góry?"
Asekuranci - ja zakrzyknę. - Bez dwóch aut eskorty, z wyciągarkami, to pod górkę nie ruszacie? Ale macie rację: łopatę, choćby saperkę wziąć ze sobą trzeba. A szosowe opony z auta terenowego wyrzucić, żeby błazenady nie było.
Piję wino. Patrzę na gwiazdy. A dzień zaczął się paskudną mgłą. Mam jeszcze resztki ziemi za paznokciami, ale siedzę w suchym i ciepłym. I tylko żartem rzucam, w który nie wierzą nawet moi znajomi, że nigdy więcej. Szczekają psy. Piję wino. Gwiazd coraz więcej.
Jakieś wnioski? Co w terenie jest najbardziej potrzebne?
Wyciągarka? - Jasne. Opony? - Oczywiście. Łopata, trapy? - Pewnie. Ale przede wszystkim doborowe towarzystwo.
Ewa przyznała, że teraz rozumie, po co te wszystkie wyciągarki, opony, trapy. Mam więc uzasadnienie "niezbędnych wydatków". Chociaż w tej przygodzie wystarczyłaby zwykła łopata. |