 |
 |

Bakcyl - czyli raczkowanie
Odkąd sięgnę pamięcią
samochody były nierozłączną częścią mojego życia. Pierwszy smak
podróży poczułem przemierzając, starym, czerwonym wozem strażackim
bezmiar nierównej drewnianej podłogi.
W tamtym okresie wystarczyć musiało trzymanie prawdziwej kierownicy,
prawdziwego Żuka i połykanie w myślach przebytych kilometrów.
Następne pokolenie miało już do dyspozycji lepsze modele, bo
Szymon na przykład pierwszą "wtopę" zaliczył ślicznym, małym,
czerwonym
(a jakże) Jeep'em Wranglerem na zdradliwych piaskach jakiejś
plaży. Samochód wtopił tak skutecznie, że już go nie odnaleźliśmy.
Dopiero po wielu latach przyszedł czas na zrealizowanie naszych
marzeń. Postanowiliśmy kupić prawdziwy samochód terenowy cokolwiek
by to miało znaczyć. Kilkanaście godzin spędzonych na przeglądaniu
stron w Internecie wystarczyło, aby samochody terenowe stały
się naszym hobby. Oczarowały nas zdjęcia, filmy z rajdów i wypraw
oglądane na różnych stronach netu.
Wybór
- czyli rozterki niedoszłych terenowców
W naszych zamysłach
samochód terenowy chcieliśmy wykorzystywać do rajdów, wycieczek
rodzinnych za miasto, miał nam służyć do wyjazdów na ryby i
na extremalne trasy. Miał być i prosty i w miarę wygodny, duży
i zwrotny zarazem. Powinien być na ramie i dawać możliwość rozbudowy.
Oczywiście tani w eksploatacji
i z łatwo dostępnym serwisem. W miarę młody rocznik, ale bez
elektroniki. Silnik oczywiście o jak największej pojemności
i najlepiej diesel. No i jeszcze jedno; musiał nadawać się do
długich wypraw, które już w naszej wyobraźni namiętnie planowaliśmy.
Pozostało jedynie wybrać markę. Spośród różnych koncepcji niełatwo
było mi wybrać tę właściwą. A to cena za wysoka, a to eksploatacja
za droga. Ten za mały ten niezbyt dzielny w terenie a jeszcze
inny mało wygodny. Okazało się, że takiego uniwersalnego samochodu,
spełniającego powyższe kryteria po prostu nie ma! No cóż, kompromis
to też dobre rozwiązanie. Szybko określiłem nowe założenia i
postanowiłem się ich trzymać bez względu na wszystko. Nasza
terenówka musi być:
- tania w zakupie i eksploatacji - to mój pierwszy samochód
terenowy więc z pewnością coś popsuję, porysuję, wgniotę i nie
mogę się dręczyć z tego powodu,
- prostej konstrukcji z możliwością wprowadzania różnych
modyfikacji - rozbudowa samochodu może następować przecież
w miarę określania naszych potrzeb wynikających w trakcie jeżdżenia
a nie odwrotnie,
- dzielna w trudnym terenie - musimy przecież zdobyć
doświadczenie w jeździe terenowej a nie da się tego zrobić na
szutrach czy asfaltach.
Na początku lipca 2002 roku doznałem olśnienia - przecież my
chcemy UAZ'a. Od tej pory byliśmy posiadaczami marki UAZ model
469B. Decyzja została podjęta.
|
|
|
Zakup - czyli wyprawa po złote runo
Szymon
szybko uporał się ze znalezieniem w necie właściwej oferty.
Już po dwóch dniach mieliśmy w ręku parę adresów i zdjęć UAZ'ów,
które odpowiadały nam pod względem ceny, rocznika i wyglądu
zewnętrznego. Ale jeden szczególnie przykuł naszą uwagę -
wszystko było jak należy - nawet kolor się zgadzał. Krótki
telefon do właściciela i w pewien lipcowy weekend jedziemy
na dalekie południe Polski zobaczyć wymarzonego UAZ'a. Na
miejscu zobaczyliśmy dokładnie to, o co nam chodziło! Zielony
UAZ z 90 roku na chodzie, nic nie "dłubnięty", dziewiczy,
idealny - po prostu bajka.
W środku surowy prymitywny odbiegający od znanych nam standardów.
Pod maską też na oko wszystko "prawilno" - dla nas laików
jednak ta część samochodu jest bez znaczenia, bo za grosz
nie znamy się na mechanice.
Już wiem, że to będzie nasza pierwsza terenówka, a od błogiego
stanu posiadania dzielą nas już tylko formalności. Krótka
instrukcja obsługi i jazda próbna - nareszcie długo oczekiwany
moment. Nic nie było w stanie odwieść mnie od zakupu ani to,
że nasz UAZ wydawał mi się ogromny - maska przede mną była
wielka, ani to, że cieniutką kierownicą nie dało się lekko
kręcić a hamulce były niewrażliwe na lekki nacisk stopy. Nie
robił też na nas wrażenia hałas, który zagłuszał dobre rady,
którą to dźwignię trzeba użyć i kiedy. Ponieważ na miejscu
był warsztat zadecydowaliśmy się na wykonanie prac konserwacyjno
- malarskich oraz niezbędnych regulacji i napraw. W następny
weekend byliśmy już po odbiór gotowego wyremontowanego UAZ'a.
Przez cały czas jedna myśl tylko nie dawała mi spokoju: czy
ja tym będę umiał jeździć? Niepokój musiał być duży, ponieważ
nasz UAZ do domu przyjechał na lawecie. Byłem szczęśliwy jadąc
przyjazną mi osobówką za naszym UAZ'em, który swe pierwsze
kilometry dostojnie przebył na lawecie. Miałem czas na zebranie
myśli i psychiczne przygotowanie się do pierwszej jazdy. Pierwszy
punkt naszego planu miałem już za sobą.
Jazda - czyli, o co
w tym wszystkim chodzi
Świat widziany z fotela kierowcy UAZ'a okazał się całkiem
przyjazny, a operowanie wszystkimi dźwigniami nie takie trudne
jak sobie wyobrażałem. Tak, więc następnego dnia po zakupie
nastąpiła długo oczekiwana chwila, czyli pierwsza przejażdżka.
Pierwszego dnia nie oddalaliśmy się za daleko od domu. Cóż
to była za radość, gdy Uaz spokojnie pokonywał nierówności
terenu a ja mogłem jechać tam gdzie chciałem i to po prawdziwych
bezdrożach, po prostu off-road, to nic, że na prawie płaskim
terenie budowy. Oczywiście włączyłem wszystko, co tylko mogłem,
czyli przedni napęd i reduktor. Trochę jeszcze gubiłem się
we właściwych położeniach dźwigni, ale z dnia na dzień coraz
bardziej opanowywałem obsługę swojego Uaz'a zataczając, coraz
to większe kręgi wokół domu.
W któryś z kolejnych dni przyszedł czas na wielką wodę. Znaleźliśmy
blisko domu starą nieuczęszczaną drogę czołgową i ujeżdżaliśmy
tam i z powrotem ćwicząc różne warianty przejazdu. Szybkie
bardzo efektowne z fontannami wody i spokojne o wiele skuteczniejsze.
Byliśmy z Szymonem wniebowzięci, bo wielkie kałuże nie były
już dla nas przeszkodą.
Docieraliśmy w takie miejsca, które dla "osobówki" są niedostępne.
Zaczęliśmy czuć ducha off-road'u. Radziliśmy sobie nawet z
drobnymi awariami takimi jak zerwana linka gazu na środku
wielkiej kałuży - oczywiście. Wystarczyło "na rozruszniku"
wyjechać z wody, aby znaleźć się na suchym, przywiązać kawałek
sznurka do dźwigienki pod maską i przeciągnąć go przez okno.
Szymon ciągnąc linkę na moją komendę robił za gaz. Liczyło
się to, że dojechaliśmy do domu o własnych siłach. Tak w praktyce
poznawaliśmy pierwsze zasady współpracy pilota i kierowcy.
Od tego czasu też woziliśmy ze sobą różne drobiazgi, które
mogły się naszym zdaniem przydać na następnych wypadach. Zaczęliśmy
doceniać rolę wyposażenia,
o którym niewiele jeszcze wiedzieliśmy. Na ten moment mieliśmy
tylko scyzoryk i wiarę w możliwości UAZ'a.
Niebawem przyszedł czas na górki. Na początku znaleźliśmy
taką malutką blisko domu.
Mała, bo mała, ale wystarczyła żeby poznać wrażenie, jakie
towarzyszy, gdy maska podnosi się do góry i kierowca widzi
tylko niebo. Z czasem przyszedł czas na większe i dłuższe
wzniesienia. Ryk silnika przy podjazdach budził mały niepokój
czy aby wystarczy mocy do końca podjazdu. Zjazdy natomiast
dostarczały odrobiny adrenaliny. Niektóre nieudane podjazdy
nauczyły nas pokory i na szczęście wiara w nieograniczone
możliwości samochodu nie wzięła góry nad doświadczeniem, którego
nam brakowało. Strach przed pokonywaniem niektórych przeszkód
okazał się dobrym doradcą, ponieważ ten pierwszy kontakt z
samochodem i terenem przebiegł łagodnie i bezpiecznie. Zasada
bezpieczeństwa była naszą nadrzędną zasadą i tak zostało już
do dzisiaj. W międzyczasie w uaz'ie zamontowaliśmy wspomaganie
kierownicy i hamulców. Poprawiło to zdecydowanie komfort jazdy.
Wypuszczaliśmy się już coraz dalej i zaczynaliśmy myśleć o
"prawdziwych" rajdach i wyprawach. Wyjazdy na ryby i grzyby
już przestały wystarczać.
Nauka, - czyli rozwój przez
jeżdżenie
Zupełnie przypadkowo trafiliśmy w necie na stronę Mariusza.
Opisywał tam swoje podróże te dalsze i te bliższe oraz zachęcał
"ciekawskich" do kontaktu. Oczywiście zadzwoniłem i po krótkiej
rozmowie zostaliśmy zaproszeni na wspólny wypad w teren. I
tak w pewną październikową sobotę 2002 roku wyruszyliśmy w
nieznane na nasz pierwszy prawdziwy rajd. Na miejscu zostaliśmy
serdecznie przyjęci przez Mariusza i Iwonę i po krótkiej prezentacji
samochodów oraz wypiciu filiżanki kawy wyruszyliśmy na malowniczą
trasę wzdłuż Warty. Mieliśmy szczęście, bo Mariusz okazał
się spokojnym przewodnikiem a trasa przez niego wybrana była
adekwatna do naszych umiejętności. A i tak na prawie każdym
dołku samochód nam stawał i gasł. Napotkane przeszkody "braliśmy"
na dwa razy, ale to nas nie zniechęcało. Miła atmosfera i
piękne plenery rekompensowały mi brak doświadczenia.
Długie postoje sprzyjały rozmowom o sprzęcie i samochodach.
Tak dowiedzieliśmy się o snorkelach, tirforach, linach kinetycznych,
taśmach i innych wynalazkach. My nie mieliśmy nic. Z niektórych
opresji ratował nas tirfor Mariusza, który zawsze woził w
"czarodziejskiej" drewnianej skrzynce. Nasze wypady stały
się powoli regularnymi imprezami, do których dołączył na stałe
Rafał. Rafałowi, pilotowi wszystkich pilotów, specowi od "robótek
ręcznych" przypadło w udziale badanie głębokości błota i wody,
bieganie z linami oraz naprawy awarii naszego UAZ'a. Zna się
na tym, ponieważ jest właścicielem wirtualnego UAZ'a :-)
Z czasem dołączyli do nas inni: Paweł Biały, Paweł Zielony
ze swoimi seriami, Grzegorz z Uaz'em, Mikołaj i Adam. Średnio
dwa razy w miesiącu wyruszaliśmy na wyprawę, często na te
same trasy, więc była okazja sprawdzić postępy w nauce. Raz
ćwiczyliśmy "profesorską" jazdę między drzewami, innym razem
zjazdy i podjazdy. Na poligonie każdy wyżywał się w błocie
i wodzie. Bezpiecznie można było poćwiczyć słynną "pracę gazem"
oraz jazdę ze spuszczonym ciśnieniem w kołach. Grupowe wyjazdy
wyrobiły w nas nawyk wzajemnego pomagania jeden drugiemu.
Prawie każdy doświadczył destrukcyjnego wpływu rzadkiego błota
na alternator czy rozrusznik. Z czasem kałuże stawały się
jakby głębsze, górki trochę wyższe a błoto atakowało wnętrze
kabiny. Z wyprawy na wyprawę widać było jak nabieramy doświadczenia,
a jazda w trudnym terenie staje się czystą przyjemnością.
Równolegle ze wzrostem skali trudności pokonywanego terenu
modernizowaliśmy naszego Uaz'a. Silnik benzynowy wymieniliśmy
na diesla, Andorię. Założyliśmy nowe opony MT BFG 31x10,5
R15 na felgach od Honkera - oryginalne felgi okazały się za
wąskie. Tradycyjne mosty wymieniliśmy na "afgany". Uaz'a wyposażyliśmy
w snorkel i wyciągarkę elektryczną T-Max. Dla własnego i innych
bezpieczeństwa wywaliliśmy stary przedni zderzak i zastąpiliśmy
go nowym z solidnymi zaczepami. Dla poprawienia komfortu przednie
fotele zastąpiliśmy wygodniejszymi od fiata 125. Oczywiście
dorobiliśmy się też własnego sprzętu w postaci liny kinetycznej,
taśm, szakli, zblocza i hi-lift'a. Hitem okazał się mały,
kompresorek zasilany z gniazda zapalniczki. Parę razy uratował
mnie, gdy akurat nie miałem żadnego podnośnika a opona rozszczelniła
się po spuszczeniu powietrza.
Tak rozbudowany i wyposażony, UAZ okazał się niezawodnym towarzyszem
wypraw a i innym pomagał wydostać się z różnych opresji. Przylgnęła
tak jakoś do niego nazwa "Osiołek"
nie mylić z osiłkiem.
W ten sposób zmodyfikowany i wyposażony "Osiołek" służy nam
do dzisiaj. W trudnym terenie radzi sobie całkiem nieźle i
co ważniejsze zawsze dowozi nas do domu. Tym samym kolejne
założenia naszego planu okazały się jak najbardziej właściwe.
Teraz doświadczenie zdobywaliśmy jakby szybciej, bo w czasie
grupowych wyjazdów podpatrywaliśmy innych uczestników. Wszystkich
nas połączyła jedna pasja, którą jest off-road pod różnymi
postaciami.
Przyjaźnie - czyli Bractwo
Prawie od samego początku na wyprawy jeździliśmy w trzy lub
cztery samochody. Nasza grupa dawała cudowne poczucie bezpieczeństwa
tak potrzebne mi w tym pierwszym okresie. Wiedziałem, że w
każdej chwili mogę liczyć na innych. Razem jeździliśmy, razem
jedliśmy i razem wracaliśmy do domu. Nierzadko też spaliśmy
pod jednym dachem.
Z czasem wspólne wyprawy zbliżyły nas do siebie na, tyle,
że również poza rajdami utrzymywaliśmy ze sobą kontakt i
pomagaliśmy sobie w różny sposób. Tak narodziło się
"Bractwo".
Tomasz
grudzień 2004 roku
|